sobota, 14 czerwca 2014

Spirala nienawiści 21



Rozdział dwudziesty




Rok 1998



Kilka dni po weselu, kiedy emocje już opadły profesor Snape wezwał młodą parę do siebie.

Zakochani weszli do gabinetu Mistrza Eliksirów spoglądając na siebie niepewnie.
-Siadajcie. – Powiedział Snape. – Wiecie, czemu was wezwałem?
-Nie. – Odpowiedział szybko Malfoy. – Oświeć nas.
Jego arogancki ton nie spodobał się Hermione, która tylko pokręciła głową z niesmakiem.
-Zbliża się wojna, a …
-A my jesteśmy na pierwszym miejscu, jako zdrajcy nad zdrajcami. – Przerwał mu Draco.
- I nie tylko to. –Snape zaczął krążyć po gabinecie. – W magicznym świecie wybuchają małe zamieszki, to samo tyczy się nie magicznej społeczności. Nikt nie jest bezpieczny. Jak myślicie jak to się odbije, już odbija na waszych rodzinach? Uważam, że …
-Moja jedyną rodziną w tym momencie jest moja żona i to o nią martwię się najbardziej.
-Więc powinniście wyjechać, ukryć się gdzieś, zniknąć, do czasu aż wojna się skończy.
-I żyć jak tchórze? – Chłopak wstał.
-Żyć Malfoy, żyć.
Po czym profesor usiadł za biurkiem dając im znak, że to koniec rozmowy.






Rok 1999
Do końca pozostało 4 dni.


Dlaczego go nie posłuchałem?
Mogliśmy żyć, być bezpieczni, mieć wspólną przyszłość …
Teraz nie mam już nic.
Zostały mi tylko wspomnienia i marzenia, że po wszystkim w końcu się spotkamy.
Na zawsze.



Rok 1998


Czas mijał nieubłaganie szybko.

Marzec minął, za nim kwiecień równie szybko, aż nastał maj.
Wiosna.
U Hermiony było już widać zaokrąglony brzuszek, który zawsze starała się ukryć, nadaremnie. Ilekroć Malfoy widział to, kazał jej się nie wygłupiać.
-To mały Malfoy. Niech wszyscy go podziwiają. – Powtarzał zawsze z zadartym nosem, na co jego żona kręciła głową.


W związku ze zbliżająca się wojną nauczyciele zrezygnowali z normalnych lekcji. Cały czas były ćwiczone zaklęcia obronne. Symulowano ataki, planowano strategie.
Cała szkoła szykowała się na wielką bitwę, która miała się rozegrać na dniach.

-Zostaniesz w ukryciu.
-Mowy nie ma! Nie będę się chowała po kontach jak tchórz! – Krzyk Hermiony rozległ się aż na korytarzu.
-Tu nie chodzi o tchórzostwo. Tylko o bezpieczeństwo. – Mozolnie próbował jej to wytłumaczyć Malfoy. – Nie przeżyje, jeśli coś się wam stanie.
-Nic mi nie będzie, Draco. – Położyła mi dłoń na ramieniu i oparła się o niego. – Niepotrzebnie się martwisz.
-Chciałbym. – Szepnął, tak, aby ona tego nie usłyszała.






Ten sam rok.
Kilka dni później.

Posiadłość Malfoyow pod Londynem.


Pokój dzienny, o który Narcyza tak dbała przerodził się salę spotkań Śmierciożerców. Białe i puszyste niegdyś dywany, teraz pokrywała warstwa brudu. Lśniące płytki w holu były tak ubłocone, że nie dało się rozpoznać wzoru. Skórzane sofy poustawiane w całym domu, niczym nie przypominały wygodnych i drogich siedzisk.
Wszystko umierało w tym domu. Śmierciozercy panoszyli się wszędzie jak zaraza. Nie dbali o nic, nie szanowali. Niszczyli wszystko na swojej drodze.
Kilka obrazów w połamanych ramach, pani domu ukryła w swojej sypialni, do której nikt nie miał prawa wchodzić. Tak samo z drogą zastawą i rzeźbami.
Wszystko, co miało jakąkolwiek wartość dla Narcyzy zostało schowane i odpowiednio zabezpieczone.

Blondwłosa kobieta samotnie przesiadywała w sypialni pogrążana w myślach.
Od kilku tygodni starała się nie pokazywać zbyt często. Nie uczestniczyła w zebraniach, jeśli nie było na nich Tego Którego Imienia Nie Wolno Wymawiać. Nawet sam Lucjusz nie naciskał na to. Mimo wszystko na swój sposób kochał Narcyzę, choć nie umiał tego okazać.



-Jesteś tu? – Mężczyzna uchylił lekko drzwi zaglądając do środka. –  On już przybył. Zebranie odbędzie się o osiemnastej.
-Oczywiście. – Westchnęła.
-To… - zapadło niezręczne milczenie. – To do później. – I wyszedł cicho zamykając za sobą drzwi. Oparł się o nie po drugiej stronie i także cicho westchnął.




Osiemnasta godzina wybiła bardzo szybko.

Kobieta wstała i powolnym krokiem skierowała się do Sali Obrad.
Kiedy weszła, wszyscy już byli. Brakowało tylko Czarnego Pana.
On sam zjawił się w towarzystwie zakapturzonej postaci.

-Moi drodzy! – Rozległ się jego syczący głos. –Nadchodzi ten dzień. Dzień, w którym zdrajcy zapłacą za swoje grzechy.
Na Sali rozległ się pomruk aprobaty i zadowolenia.

Syknął powtórnie i zaległa cisza.
-Jesteśmy niepokonani! Z „małą” armią, którą dysponujemy zmieciemy Hogwart z powierzchni świata. Razem z całą masą zdrajców i szlam!
-Tak!
-Śmierć szlamom!
-I zdrajcom!
Krzyki śmierciożerców mieszały się ze sobą.
-Zostało nam kilka dni. Przygotujcie się.
Czarny Pan uniósł stojący przed nim puchar, wypełniony po brzegi srebrzystym płynem, krwią niewinnego.
-Za nas! Za czarodziei czystej krwi! – Po czym wypił całą jego zawartość.
-Za nas! – Zawtórował mu chór podekscytowanych głosów. Gdzieś z boku słychać było okropny śmiech Bellatrix Lestrange.

Do ostatecznej bitwy pozostało 10 dni…

Narcyza cicho wymknęła się z pokoju. Będąc na korytarzu zaszlochała bezgłośnie i udała się do swojej sypialni.



**************************************************




Przepraszam :D
Ale nie mogę powiedzieć, ze to się więcej nie powtórzy bo nie wiem.
Ale na pocieszenie powiem, że zbliżamy się do końca.
Zostało dosłownie parę rozdziałów iiii….. będę kończyć Pojedynek Serc! Az sama się nie mogę doczekać ;))
Pozdrawiam i dziękuję.
Esper